sobota, 23 maja 2009

Świeca? ogarek?

Spojrzałam do lustra, i coś mi się nie podobało. Spojrzałam raz jeszcze i raz.... w końcu odkryłam: SZMINKA!. Moja ulubiona paprika Inglota wygląda na mnie źle, matronowato.
No dobrze, wiek mam odpodwiedni, niezależnie do ilu lat się przyznaję, ale żeby aż tak? Chwyciłam za wacik, zmywacz, zmieniłam odcień na mniej żółty i od razu lepiej. A przecież jeszcze dwa lata temu bylo mi w tej paprice doskonale.
Eh, jak to się trzeba pilnowac. Bo inaczej efekt jest jak u widzianej ostatnio klasowej kolezanki. Należala do tych ładnych blondynek o błękitnych oczach i porcelanowej cerze. Zachowala znakomitą figure. Makijaż zaś zatrzymał sie jej w latach późnych 70 : dużo czarnego wokół oczu i dużo czerwonego na ustach i policzkach.
Gdybyśmy tak stanęły obok siebie w lustrze, ona z satysfakcja patrzyłaby na moja figurę, a ja z równą satysfakcją na jej makijaż i zmarszczki :)

piątek, 8 maja 2009

Świece i ogarki siódme



Bardzo chciałam katedrę w Pelplinie obejrzeć. No i nie żałuję. Urodziwa, harmonijna, piękna bryła i cudownie utrzymana. Żadnych szmat "Jezus cię kocha" czy styropianowych kielichów z hostia .... To drugi kościół ( pierwszy widziałam w Levoczy, św.Jakuba), w którym w gotyckim wnętrzu widać zmiany stylów, nakładanie się epok. Ogromny renesansowy ołtarz, barokowe ołtarze boczne, rokokowe konfesjonały, neogotyckie organy główne, a na ścianach freski zapewne XIXwieczne, ale zdecydowanie w stylistyce gotyckiej. Miałam sporo radości, kiedy towarzysząca nam Agnieszka opowiedziała parę smakowitych szczegółów:

Oto łyse aniołki ( jednego sfociłam, są trzy), oto stalle gotyckie, z fantastycznymi koronkami na szczytach ( każda rozeta inna) i sprytnymi składanymi siedzeniami. Na zdjęciu Agnieszka pokazuje nam, jak mnisi stali na modłach( cystersi w Pelplinie byli od zawsze) i co się działo, kiedy któryś usypiał i nie trzymał tyłkiem klapy. Klapa z rumorem spadała, budząc resztę, a winowajca.. lepiej nie spekulować :D


A teraz opowieść o restauracji w Wałczu. Hotel "Biały domek" mieści się przy Kościuszki czyli ulicy przelotowej dla krajowej 10. Restauracja z zadęciem, sala puściutka, barman jest jednocześnie kelnerem. Zamawiamy posiłek, ja zdecydowałam sie na zupę - krem ze szparagów i sandacza z surówką. Dostaje zupę-konsystencja jak rzadki sos, dość słona, z dwoma kawałeczkami czegoś zielonego. Szparagi? Od razu startuje w głowie: zupa z proszku, łyżka słodkiej śmietanki i troszkę gałki muszkatołowej podniosłyby poziom o 3 pietra. Podchodzę do barmana ( w drugiej sali) i proszę o odrobinę gałki, ze ja tak lubię. Barman się uśmiecha, znika w kuchni i za chwile podchodzi rozkładając ręce - nie ma... !!!! Ratunku! Pytam - a czy sa szparagi? przecież sezon; a on: o, będę musiał kucharzowi powiedzieć żeby zamówił....Ryba lekko przesmażona , znaczy sandacz popsuty, a do mąki w jakiej obtoczono filet najwyraźniej dosypana jakaś mieszanka typu jarzynka. Surówka z kiszonej kapusty poprawna i zaskoczenie: rewelacyjna sałatka z czerwonej kapusty z rodzynkami, oliwa i czosnkiem. Ale i tak więcej tam moja noga nie postanie. Skoro muszę jeść na tej trasie, wole autoport "Podgaje". Tam przynajmniej dają pieczone jabłka!

środa, 29 kwietnia 2009

Ogarek piąty

No to o mało nie spaliłam chałupy...
Zlałam wczoraj nalewki z tarniny i z pigwy, odstawiłam, żeby się ustały, a owoce zasypałam skąpo cukrem w garnkach i na gaz postawiłam. Będą kandyzowane. Jechało zajzajerem aż w nosie kręciło, więc przykryłam. I nagle mój ślubny mówi PALI SIĘ. Patrze i przedstawienie widzę: wokół gara i przez dziurki pokrywy wydobywają się błękitne płomienie. Miałam ochotę sfotografować, ale lęk przed pożarem kazał zgasić gaz,błyskawicznie ściągnąć ścierki co lada moment mogły się zająć, zdjąć pokrywkę i zdusić na niej płomienie. I po akcji :) Ślubny ledwo zdążył okiem mrugnąć.
Ale komentarza sobie nie darował: dobrze, że byłaś w kuchni, bo mogło się spalić.
Ano... Kto by pomyślał, że tam jeszcze tyle alkoholu się ostało ( i zmarnowało:)

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Świeca piąta

Beczkę soli zdążyłam spożyć, zanim wreszcie dojrzałam do napisania o SOLI właśnie. Kiedyś się nie zastanawiałam: sól to sól i o co tyle hałasu?
Pierwsze rozróżnienie soli kamiennej i innej przyszło, kiedy uparłam się, ze mi nie smakuje drobniutka biała i śliczna sól warzona. Dla mnie była gorzka i tyle.Potem się naczytałam, jaka to zdrowa jest sól kamienna... :) Dzisiaj poluję na sól do przetworów, kamienną niejodowaną.
Niestety, nie udaje mi się już kupować wielickiej zielonej soli. Może pojawi się znowu , choćby w sklepach ze zdrową żywnością.
Potem natykałam się w przepisach na sól morską. Na skutek splotu okoliczności nabyłam paczkę takiej soli na campingu pod Wenecją ładnych parę lat temu i do dzisiaj używam wyłącznie do posypywania samodzielnie pieczonych solanek, bo ma ładne, duże kryształki.
Amerykańskie przepisy często nakazują użyć soli koszernej. Ba, czymże ona się różni od znanej nam kamiennej? Będę wdzięczna za wyjaśnienia.
Fanaberyjnie brzmią opisy fleur de sel; a przecież to jest sól morska, tyle, że biała i w fantazyjnych kształtach; bardziej do szpanowania ( cena!) niż do użytku.
Udało mi się nabyć indyjską czarną sól. Byłam jej ogromnie ciekawa i mimo ceny ( ponad 6 zł za 100 g) - nie żałuję. Czarna sól jest...różowa, z pojedynczymi czarnymi ziarenkami :) i o konsystencji pyłu. W smaku kojarzy się z gotowanymi jajkami ze względu na zawartość siarkowodoru. Z przyjemnością posypuję nią pomidory na kanapce.

czwartek, 9 kwietnia 2009

Ogarek czwarty

Mazurki na Wielkanoc muszą być obowiązkowo. Murowane typy to kajmakowy i cygański, inne wedle fantazji gospodyni. Przez wiele lat robiłam jeszcze mazurek pomarańczowy i jeszcze coś wymyślałam. Ale w tym roku nie, nie będzie pomarańczowego ( nikt się o niego nie upomniał, a ja przestałam lubić słodycze). W ogóle tym roku jakoś nie miałam "ręki" do mazurków. Do kajmakowego podchodziłam dwukrotnie i to, co w końcu zrobiłam, wstydzę się podpisać. Cygański też na moje oko nie wygląda jak należy, zobaczymy jaki będzie w jedzeniu, ale ale, no - nie jest udany. Mam jednak cichutką nadzieję, ze grylażowy zyska uznanie. No i piaskowy. Z piaskowym była cała kołomyja. Córka zamówiła babkę piaskową, mnie się wspomniało, że obił mi się o oczy przepis na mazurek piaskowy. Łaskawie się zgodziła. No i kiedy już wyjęłam z pieca mazurek, to taki smutny mi się wydał - zabrałam się do ozdabiania. Wymyśliłam ozdoby z marcepanu. Marcepan na moje mdły jest, więc posmarowałam placek cieniutką warstwą marmolady z gorzkich pomarańczy i dopiero przykryłam cienką warstwą masy. I żeby wątpliwości nikt nie miał, ze to kolejne danie z "trucicielskiej kuchni naszej mamy" położyłam w centralnym miejscu ostrzeżenie.


niedziela, 22 marca 2009

Świeca czwarta

Niemal rok temu kupiłam na allegro maszynę do szycia. Używany, stabilny Łucznik z lat osiemdziesiątych. Nie miałam potrzeby, aż wreszcie nadeszła pora. Wymyśliłam, że stare zasłony z pokoju córki wykorzystam jako powłoczki na poduszki po mamie, które tapczan mi zawalały. Zrobię poduchy ozdobne i wykorzystam materiał. Prościej wymyślić niż wykonać, jak jedyne doświadczenie w szyciu miałam na nożnej, ponad stuletniej maszynie czółenkowej Singera, jeszcze wyprawnej mojej prababci.
Dwa dni się borykałam z opornym żelastwem, az skapitulowałam i poszłam po pomoc do mojej ulubionej krawcowej, pani Basi, trzy piętra niżej. Cóż się okazało? Nitka za mało była naprężona i dlatego pętliła okrutnie. Jak już wszystko zostało odpowiednio ustawione to myk myk i oto efekt:


Zainteresowanym wyjaśniam, że przyszła właścicielka poduch leży sobie na kanapie na drugim planie:)

piątek, 13 marca 2009

Świeca i ogarek trzecie

Zanim sie człowiek obejrzy... to go coś znowu zaskakuje. Ot, zadzwonił w niedziele po południu szwagier - wracaliśmy ze Świnoujścia - z wiadomością rodzinną: zmarł wujek. Pogrzeb we środę w Tczewie. Od nas- 400 km, 6 godzin jazdy w dobrych warunkach. Od razu założyliśmy wyjazd we wtorek po pracy i nocleg po drodze, bo pogrzeb miał być w południe , a kwiaty? Wiec ja w poniedziałek jeszcze poszukałam wariantowych miejsc do nocowania: Walcz, Jastrowie, Człuchów. Stawiałam na ten ostatni, zanotowałam dwa telefony.

"Biały Dworek" - mały rodzinny hotelik, od osoby ze śniadaniem 60 zł, pokój 2+ dostawka - syn spal na wersalce; łazienka. Wieczorem jeszcze chcieliśmy coś zjeść, spacerkiem 10 min. restauracja SAVOY. Wchodzimy i pierwszy odruch - cofnąć się, stoły zastawione talerzami... Ale pytają, czego byśmy chcieli i zaraz wyjaśniają: mamy jutro stypę, wiec nakryliśmy już. Cóż... potrawy wydumane nazewniczo ( syn podkpiwał na widok propozycji 'schab szefa kuchni przepleciony boczkiem', że każe sobie pokazać owego szefa bez schabu i boczku, hre hre), ale nijakie w smaku. Nawet papryki mi nie podali jak poprosiłam.. tylko sól pieprz i maggi... no to czego wymagać?

W toalecie znalazłam apel, któremu trudno sie oprzeć:

Zanim musieliśmy się stawić na spotkanie rodzinne przedpogrzebowe, to jeszcze spacerek na rynek w Tczewie - nic takiego, ale dla nas sentymentalny, w Rynku mieszkali dziadkowie Jacka. Na wystawie u jubilera wypatrzyłam kolczyki, prześliczne! Jak się okazało: srebro i cyrkonie barwione na zloty kolor, trochę jak ładne topazy.Projekt przepiękny: na sztyft, jakieś 8 cm długa i 2 mm szeroka prosta sztabka srebra , zaokrąglona przy uchu i na dole i na dole podczepiony pod nia prostokątnie szlifowany kamień 1,5 na 2 cm na oko. srebro przechodziło po kamieniu z wierzchu.No cudo! Zmierzyłam i z bólem serca oddałam. Śliczne! Ale nie moje...

Wracaliśmy od 16,15 we środe, Mateusz siadł w Tczewie i miał jazdę paskudną: deszcz, śnieg, zawieja, deszcz ze śniegiem, deszcz i tak przez dobre 200 km. A w Szczecinie - sucho!

Stanęliśmy w Podgajach - tak się nazywa autoport po drodze i tam przeżyłam kosmiczne wręcz zaskoczenie: w ofercie były klasyczne pieczone jabłka! Owinięte folią, ze ściętym czubkiem i z łyżeczką dżemu, podgrzewane przed podaniem...mmmm