Beczkę soli zdążyłam spożyć, zanim wreszcie dojrzałam do napisania o SOLI właśnie. Kiedyś się nie zastanawiałam: sól to sól i o co tyle hałasu?
Pierwsze rozróżnienie
soli kamiennej i innej przyszło, kiedy uparłam się, ze mi nie smakuje drobniutka biała i śliczna
sól warzona. Dla mnie była gorzka i tyle.Potem się naczytałam, jaka to zdrowa jest sól kamienna... :) Dzisiaj poluję na
sól do przetworów, kamienną niejodowaną.
Niestety, nie udaje mi się już kupować wielickiej
zielonej soli. Może pojawi się znowu , choćby w sklepach ze zdrową żywnością.
Potem natykałam się w przepisach na
sól morską. Na skutek splotu okoliczności nabyłam paczkę takiej soli na campingu pod Wenecją ładnych parę lat temu i do dzisiaj używam wyłącznie do posypywania samodzielnie pieczonych solanek, bo ma ładne, duże kryształki.
Amerykańskie przepisy często nakazują użyć
soli koszernej. Ba, czymże ona się różni od znanej nam kamiennej? Będę wdzięczna za wyjaśnienia.
Fanaberyjnie brzmią opisy
fleur de sel; a przecież to jest sól morska, tyle, że biała i w fantazyjnych kształtach; bardziej do szpanowania ( cena!) niż do użytku.
Udało mi się nabyć indyjską
czarną sól. Byłam jej ogromnie ciekawa i mimo ceny ( ponad 6 zł za 100 g) - nie żałuję. Czarna sól jest...różowa, z pojedynczymi czarnymi ziarenkami :) i o konsystencji pyłu. W smaku kojarzy się z gotowanymi jajkami ze względu na zawartość siarkowodoru. Z przyjemnością posypuję nią pomidory na kanapce.